środa, 16 kwietnia 2014

Witaj znów Koreo! Niemowlak w Korei, czyli rozpieszczenie pierwszego stopnia.

Należę chyba do najgorszych blogerek ever. Ten blog ma srylion lat, a publikuję chyba co pół roku tutaj swe wypociny. Whatever, najwyraźniej nie miałam nic ciekawego do powiedzenia. I w sumie po kiego grzyba pisać jedno i to samo codziennie, jaki to bb cream się wypróbowało... Skoro i tak używam od dawna jednego xD...

Nareszcie powróciłam do Korei! W Polsce nic mi się nie chce. Nawet wyjść z domu, a co dopiero blogować. Obrosłam w pączki i inne oponki, aż z rozsuniętym rozporkiem muszę się tu lansować. Jak dobrze, że w Korei główny uliczny styl to dres i najki. Nawet jedne dostałam po kilku dniach pobytu, bo jak to może być, że mam rozjechane ribuki a nie super nowe aerodynamiczne przystosowane do biegu po obłokach najki.
Jak zwykle wzbudzam sensację jak to jest na koreańskim wypizdowie, chociaż tym razem podwójną - ahjummy i ahjussie z ciekawością wkładają głowy do mojego wózka (zaiste nie takiego na makulaturę).

Tak tak, w tym wózku jest mój mały bobek polakowokorejowy. Jadąc z nią przez warszawskie parki boję się by mi nikt jej nie wyciągnął z wózka i cisnął o ziemię. Tymczasem Koreańczycy bez pytania zabierają ci dziecko i się z niego cieszą.. W restauracji mały bobek trafia do rąk babć, które porywają ci go byś sobie spokojnie zjadł to co masz na talerzu (a raczej w miseczkach). Radość bobka, który wreszcie znalazł w się w centrum prawdziwej uwagi jest ogromna.

Czasami w internetach czytam sobie jacy to koreańscy rodzice są źli dla swoich dzieci, jakie to okropne dzieciństwo tutaj mają bobki. Sądzę, że piszą to osoby, które tak naprawdę nie mają dzieci i nie wychodzą z domu tylko oglądają wyidealizowane, pełne przesady i teatralnych gestów, baardzo odległe od rzeczywistości dramy. Z tego co sama zaobserwowałam, nie tylko w swojej rodzinie, Koreańczycy okazują o wiele więcej miłości i przywiązania swoim dzieciom niż Polacy. Oczywiście nie tyczy się to wszystkich, ale mam wrażenie, że w Polsce panuje jakiś cholerny dystans do dziecka, jego nietykalność (przez obsesję na temat pedofili) i ogólnie mega parasolka jaką otaczają boba rodzice. W Korejowie jest przede wszystkim dość bezpiecznie, nie boisz się, że ktoś cię po zmroku zadźga na osiedlu... A przynajmniej to się zdaża rzadziej niż w Polsce gdzie dresy i narodowcy tworzą własne prawo. 

W Korei rodzina to rzecz święta, rodzice dla dziecka są bardzo bliscy nawet jak dorosną. Tutaj panuje całkowicie inna kultura wychowywania dzieci, powiedzmy, że żelaznej ręki, ale dzięki temu nie ma rozpieszczeńców bezstresowego wychowania. Sądzę, że Polakom bardzo trudno zrozumieć tutejsze rodzinne stosunki, ale powiem wam, że bardzo mi się to podoba. Bardziej niż zachodni model bezstresowego antypedofilskiego wychowania małego samolubka.

Śmieszną rzeczą jest, że jak urodzisz dziecko wszyscy życzą ci, wręcz naciskają byś miała jeszcze przynajmniej dwoje. Tutaj rodziny są ogromne, ale nie tak jak u nas biedne...

 Państwo za każde dziecko daje ci ponad 30tys złotych becikowego (Polska taka biedna, smutek ogarnia me serce [*]). W momencie gdy urządzisz ceremonię ślubną a nie masz mieszkania, z kopert gratulacyjnych możesz sobie je kupić.. Żłobki są tutaj darmowe, przedszkola głównie też (nie jestem pewna). Jedna rzecz jest tylko beznadziejna, słoiczki typu gerber nie są tak wspaniałe i jednodniowe, bezsmakowe i w ogóle lepiej robić samemu jedzono.

Dobra. Idę się opychać żarełkiem w końcu po to tutaj przyjechałam (oczywiście buehehe).

Lans!

sobota, 17 sierpnia 2013

Magia kiełków, czyli przepis na KONGNAMUL MUCHIM (콩나물무침)

Można powiedzieć, że jestem specjalistką od kongnamul muchim :D. Jemy tego tyle (w bibimpapie albo z innymi potrawami), że na pewno będziemy żyć 100 lat albo dłużej. Kongnamul muchim jest przystawką przede wszystkim super hiper zdrową, lekkostrawną i super smaczną.

Trochę o kiełkach fasoli mung:
Jak się możecie spodziewać, są one cudowne dla nas. To jest wręcz bomba białkowa i witaminowa, która dodatkowo jest łatwo przyswajalna przez organizm człowieka bez żadnych zbędnych problemów trawiennych. Jak powiadają internety, kiełki fasoli mung obniżają poziom złego cholesterolu LDL i zawierają duże ilości przeciwutleniaczy, które zapobiegają chorobom serca i nowotworom.

Gdzie zdobyć kiełki:
Można je kupić w większości supermarketów, aczkolwiek nie polecam, bo 3zł za 200g to jest lekka przesada. Jeśli macie dostęp do wietnamskich lub innych azjatyckich sklepów, znajdziecie je tam na pewno taniej i w większych ilościach. Ja kupuję zawsze w paczkach kilogramowych (6zł) w sklepie wietnamskim za Halą Mirowską w Warszawie.

Jeszcze jest jeden sposób: można je w łatwy sposób sobie samemu wyhodować.
Jak to zrobić:
Namaczamy nasiona fasoli mung przez około 20-24h w wodzie, potem przenosimy je na kiełkownik (który warto zakupić, albo próbować hodować w słoikach lub miseczkach). Co kilka godzin spryskujemy wodą i tak przez 4 dni. 4 dnia mamy już kiełki gotowe do spożycia i przygotowania kongnamul muchim~!

Mając już kiełki upewnijcie się, że macie także gochugaru i sos rybny, które używałam także w poprzednim przepisie na oisobagi kimchi.



Przepis na KONGNAMUL MUCHIM (콩나물무침)
czyli przystawka z kiełków fasoli mung krok po kroku

Składniki:
500g kiełków fasoli mung
1 łyżka soli
5 ząbków czosnku
3 łyżki gochugaru
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżeczka sezamu prażonego
2 łyżki koreańskiego sosu rybnego
1/2 pęczka szczypioru (3-4 szczypiory, albo cebulki dymki bez główki)

Nie musicie kupować sezamu prażonego, możecie kupić surowy i na suchej patelni (cały czas mieszając) go samemu podprażyć. Uprażony sezam ma charakterystyczny brązowy kolor i wyjątkowy smak.

Co do oleju sezamowego ja używam firmy TaoTao. Jest niedrogi i naprawdę ma smak idealny do azjatyckich potraw. Możecie go znaleźć w każdym większym supermarkecie typu Tesco, Real, Społem. UWAGA! Nie polecam olejów sezamowych greckich, pootrawy koreańskie nie smakują z nimi dobrze.


No to zaczynamy:

1. 500g kiełków obieramy z zepsutych części (jeśli takie są, ale jeśli kiełki są świeże to nie powinno być) i myjemy pod bieżącą wodą, odsączamy na durszlaku.


2. Kiełki wrzucamy do garnka i zalewamy wodą tak by przykrywała tylko kiełki, solimy 1 płaską łyżką soli. Gotujemy pod przykryciem 5 minut. Kiełki nie powinny być rozgotowane, najlepiej smakują jak są chrupkie.


3. Odlewamy wodę, zostawiamy kiełki do ostygnięcia. Mieszając je z sosem musimy uważać by nie były jeszcze ciepłe - przyspiesza to fermentację, której chcemy w kongnamul muchim uniknąć.



SOS:

4. Szczypior myjemy i siekamy go drobno, w prążki. Czosnek ugniatamy lub kroimy w drobną kosteczkę. Łyżeczkę sezamu prażymy na brąz.


5. Kiełki przekładamy do miski i wrzucamy przygotowane warzywa.


6. Dodajemy 3 łyżki gochugaru, łyżkę oleju sezamowego oraz dwie łyżki sosu rybnego.


7. Mieszamy wszystko dokładnie ręką (najlepiej w jednorazowych rękawiczkach jeśli macie wrażliwe dłonie).


8. Przekładamy do szczelnego pojemnika albo na talerzyk, jeśli chcemy już zjeść. GOTOWE!


Kongnamul muchim przechowujemy w lodówce. Nie fermentujemy, trzymamy maksimum tydzień. Średnio po tygodniu staje się kwaśne i niesmaczne, dlatego przygotowujemy je w niewielkich ilościach. Najlepiej smakuje z ryżem, albo z bibimpapem, na który przepis wrzucę już wkrótce!

Powodzenia w przygotowywaniu tego dobrego jedzonka, dzielcie się efektami i wrażeniami :D Smacznego!

środa, 14 sierpnia 2013

Stereotyp koreańskiego związku, czyli boimy się dziewczynki. Koreańskie małżeństwo na czarno

W tej oto zacnej notce poruszę temat mężowy. Nie jedna babcia swej wnuczce powiedziała: Ino by twój men nie był ani murzynem ani Koreańczykiem. Bo murzyn czorny a Koreańczyk źle żonę swą traktuje.(buahahah) Za czasów babciowych na pewno tak było, ale jak jest teraz? Czy ten stereotyp złego koreańskiego męża jest prawdą?
Z moich wnikliwych obserwacji i dzikiego riserczu wśród znanych mi rodzin i internetów wychodzi na to, że jest się czego bać, ale może nie tak bardzo. Oczywiście zależy czy ci się trafi taki typowy koreański troll, czy jego łagodniejsza wersja. Sama nie mogę uwierzyć w to co piszę w tej notce, takie to wszystko negatywne, ale zdarzają się takie przypadki - w Korei bardzo często.

1. Żona to Matka Domu, musi zająć się posiłkami i dać odpocząć swojemu mężowi po dniu ciężkiej pracy.
Smutne, ale prawdziwe. W Korei wiele kobiet nawet dziś postanawia zostać kurami domowymi. Muszą umieć gotować to wszystkie dobre jedzono (ja tam lubię gotować więc nie narzekam haha), podawać je całej rodzinie, sprzątać i ogólnie ogarniać cały dom. Często też kobiety, które pracowały i odnosiły sukcesy w swoim zawodzie przez co trochę później wyszły za mąż, rezygnują ze swojej kariery by całkowicie poświęcić się rodzinie. Rzadko się zdarza, że kobieta po przerwie przeznaczonej na urodzenie dziecka wraca do świata zawodowego. Z jednej strony, dla nas Polaków, brzmi to trochę jak raj. Mąż jest w stanie zarobić na całą rodzinę, a żona może "odpoczywać" w domu. Pomijając, że będąc w ciąży pewnie myje okna XD. No kto co lubi, jednak często bywa to cięższa praca niż normalna. Do tego koreańscy mężowie lubią bardzo późno wracać do domu, co niemalże praktykują codziennie. Jakie samotne musi być życie takiej żony domowej.. Kojarzy mi się to z naszymi pradziadkami, bo od ilu lat kobieta może już wyjść poza próg domu i robić co chce? W Korei nadal to jest coś nowego, takie mam wrażenie. Cóż się dziwić po kraju, w którym oświetlenie elektryczne stało się popularne dopiero w latach 70'tych ubiegłego wieku..

2. Ślub dużo zmienia w stosunkach między mężczyzną a kobietą. Agresja i obojętność.
Póki chodzi się z takim Koreańczykiem, bywa że oprócz ciebie dla niego nic na świecie nie istnieje. Dostajesz masę prezentów, nie czujesz się zapomnianym trepkiem pod kanapą. Po ślubie często wszystko się zmienia. Żona staje się obowiązkiem, nie kochanką. Ona i on muszą dążyć do stworzenia idealnie bogatej rodziny i zapewnienia swoim dzieciom najlepszej przyszłości. Masakra. Koreańscy mężczyźni często też poniewierają swoimi żonami, bo nie mają na czym się wyżyć skoro dla wszystkich w "świecie zewnętrznym" muszą być milusi. Z pracy przynoszą stres i wyładowują go na swojej rodzinie. Ale to nie wszystko co robią. Ogólnie naród koreański wbrew pozorom jest bardzo agresywny. Dla nas, białych nugusów z Europy zawsze będą mili, bo jesteśmy dla nich obcymi, póki nie wejdziemy w jakieś bliższe stosunki z nimi. Oczywiście to nie wszystkich się dotyczy. Tak jak wcześniej wspominałam, wszystko zależy od osoby, dlatego trzeba mieć oczy zawsze szeroko otwarte. I młotek w pogotowiu. Serio, jakby ktoś na mnie rękę podniósł, zwłaszcza mąż to bym mu oddała i to siekierą tudzież świeżo naostrzoną ciupagą. Z resztą co mnie denerwuje w Koreańczykach to to, że jak ktoś bije swoje dziecko to nikt nie zareaguje. To nie jest bicie na skalę klapsa. Oni je leją tym co mają pod ręką póki się nie wyżyją. Sama byłam świadkiem jak w mieszkaniu obok dziecko wrzeszczało przez godzinę bite czymś drewnianym. W końcu nie miało siły krzyczeć, słyszałam tylko uderzenia "tego czegoś". Jeśli zareaguję - usłyszałam piękny wykład o tym - jeśli zadzwonię na policję, to mi się dostanie, że wtrącam się w czyjeś intymne/rodzinne sprawy!

3. Koreański świat kariery "zmusza" męża do alkoholu i korzystania z usług prostytutek.
Nie wiem czemu w tym kraju utarło się, że sukcesu się nie osiągnie jak się nie nabzdryngolisz i nie będziesz łazić za szefem-zboczeńcem do norebangów, czyli karaoke, gdzie często można sobie "wypożyczyć" grupkę lasencji na jedną noc. Całe watahy mężczyzn z firmy po pracy nie zmierzają do domu tylko właśnie do barów tego typu albo się nawalić pod stragany. Matki-polki dziękują Bogu, że Polacy wiernie wracają na obiad do domciu a nie łażą na dupy. Problem prostytucji w Korei jest powszechnie znany i rząd z nim stara się walczyć jak tylko może. Laski czają się za każdym rogiem by wyciągnąć grosze "zaniedbanych przez żony" mężczyzn pracujących. Czy ja wiem, czy żony aż tak zaniedbują potrzeby seksualne swoich mężów? Cóż, jak przebywa się cały dzień poza domem, a wraca się gdy wszyscy śpią to ekhem nie dziwne. Anyway wierzmy w dobrych mężczyzn i abstynentów, którzy dla kariery nie poświęcą wszystkiego.

Takie coś możemy zaobserwować też w koreańskich filmach albo serialach. Trochę mnie przeraża, jak to jest naturalne dla tego narodu..

4. W koreańskim małżeństwie nie ma prywatności. Teściowa i teść - czym to grozi.
Od pokoleń w Polsce powstawały żarty o teściowych, które w rzeczywistości nie odbiegały bardzo od prawdy. Rzadko zdarza się, że nasza teściowa będzie potulną kochaną osobą (na szczęście moja jest aniołem huhu), raczej będzie wtrącać się do naszego życia z buciorami. Przeciętna koreańska teściowa wcale się bardzo nie różni od tych polskich, można powiedzieć, że jest nawet gorsza.. Młode małżeństwa w Korei często mieszkają z rodzicami męża co utarło się głęboko w tradycji. Jest to kompletna masakra - niektóre hardkorowe teściowe potrafią nawet wyśledzić czy ci się okres spóźnia czy nie (wieczne oczekiwanie na wnuka). Do tego wspólne mieszkanie oznacza też utrzymywanie rodziców. A na seksik można skoczyć co najwyżej do love hotelów, które są rozsiane gęsto w każdym rozrywkowym zakamarku koreańskich miast.

Koreańska kultura jest piękna. Jeszcze piękniejszy jest szacunek do rodziców. Jednak w naszych oczach, oczach obcokrajowców, jest on mega przesadny. Raz przechodząc się po plaży Bukbu, zauważyłam dwóch facetów trzymających się za ręce. Pierwsze co pomyślałam i wyraziłam to dość głośno to było: "gejki~!". Oczywiście szybko zostałam poprawiona (bo przecież w Korei oficjalnie nie ma gejów).. Zgadnijcie co przedstawiał ten widok tak naprawdę? To był ojciec i syn, który wyszedł na przepustkę z wojska...
Co by się stało, gdyby dorosły facet szedł za rękę z jakimś starym dziadem w Polsce?
No właśnie. Koreańska więź dziecka z rodzicami jest bardzo szczególna. Często syn uważa matkę za najlepszą przyjaciółkę, opowiada jej nawet najintymniejsze szczegóły swojego życia, a każde słowo rodzica uważa za święte.. co zawsze zaboli jego kobietę jak się dowie. A teściowa na pewno jej tego nie oszczędzi by pokazać swoją dominację.

5. Małżeństwo z obcokrajowcem w Korei - niższość innych narodów i kupowanie żon.
W Korei jest dużo związków mieszanych wynikających z upolowania sobie żonki za granicą. Kobiety z Filipin, Wietnamu, Tajlandii czy Chin są postrzegane wręcz jako plaga dla narodu koreańskiego. Obleśne dziady po 30stce wyjeżdżają sobie do biedniejszych krajów w Azji albo robią Eurotripa (nie zdziwcie się jeśli spotkacie takich w Polsce albo na Ukrainie) i uwodzą na swoją niby wielką kasę, którą zaoszczędzili w Korei na żonę. Jeśli poczytacie sobie jakieś koreańskie blogi czy gazety, takie przypadki są prawie tak częste jak te w krajach arabskich.. Obiecują kokosy, a w efekcie taka dziewoja kończy jako kura domowa, albo rodzi dziecko i jest odsyłana do swojego kraju. A ta wielka kasa, jest po prostu śmieszna. Tutaj pozwolę sobie zacytować moją koleżankę "Jeśli mieliby taką kasę, to zrobiliby sobie najpierw operację ryja" bo raczej takie ahjussie po 30stce co szukają żon to nie babyface ani żadni idole (tacy potrafią utrzymać przy sobie wymagającą Koreankę).

Do tego związki mieszane spotykają się z dużą niechęcią ze strony społeczeństwa. Kobiety czują się nieswojo, często brakuje im wsparcia ze strony męża i rodziny, która także patrzy na nią podejrzanie. Podobno zaczęło się to zmieniać, ja osobiście nie odczułam jakiejś wielkiej dezaprobaty ze strony ludzi, ale pewnie gdzieniegdzie taka istnieje jak u nas na zadupiach. Nam Azjaci kojarzą się głównie z chińczykami, tanimi wyrobami i ryżem. Dla Koreańczyków biała dziewczyna to nierzadko przygoda na jedną noc, a biały mężczyzna to seryjny gwałciciel. Do tego we wszystkich białych widzą Amerykanów - młodzi patrzą z zachwytem, starsi.. z nienawiścią.

6. Pozytywne aspekty małżeństwa z Koreańczykiem.
Każdy człowiek jest inny, więc przypadki opisane w punktach od 1 do 5 mogą okazać się kompletną nieprawdą. Koreańczycy są specyficzni i jak się do nich przyzwyczaisz to masę pozytywnych rzeczy w nich spostrzeżesz. OPRÓCZ KONSERWATYWNOŚCI oczywiście. Koreański mężczyzna jest delikatniejszy, nieśmierdzący w autobusie latem i dbający o potrzeby swojej kobiety.
DODATKOWO: Koreańczyk nie pozwoli ci dźwigać ciężarów, często pomoże w przygotowaniu posiłków, zawsze będzie zadowolony z tego co mu dasz jeść, choćby smakowało to jak kupa. Przyniesie kasę do domu, nie będzie zmuszał cię do niczego, póki sama nie zaczniesz wywierać na nim presji. Zawsze się dobrze spisze tam gdzie może poczuć się bohaterem, przyniesie serek topiony zamiast sera białego i z pokorą go odniesie..

Czyli zero różnicy między dobrze wybranymi  mężami z Zimbabwe a tymi z Korei Południowej. Jedyne co ich różni to kultura i tradycja kraju, którą zawsze warto poznać zanim się wdepnie w coś, z czego tak łatwo już nie jest wyjść.

focia z neta przedstawiająca tradycyjny koreański ślub

czwartek, 8 sierpnia 2013

Lepimy ogóra! Czyli przepis na kimchi kieszonki ogórowe - OISOBAGI KIMCHI (오이소박이 김치)

Witajcie drodzy czytelnicy. Tak wiem wiem, moja częstotliwość pisania postów jest cudowna, ale komiks rysuję, pracuję i się lenię więc musicie mi to wybaczyć. Od dziś będę publikować nie tylko ciekawostki i opowieści związane z Koreą, ale tak jak na fejsbuku zapowiadałam kiedyśtam - koreańskie przepisy na dobre jedzono! Mam nadzieję, że zdobycie składników nie będzie dla was problemem, bo ja takowego nie mam obecnie mieszkając w Warszawie i lepiąc nienażartemu wiecznie mężowi wszelakiego rodzaju kimchi. To co potrzebujecie to jedynie dostęp do internetu i do warzywniaka, bądź własnego ogródka. Tym, którym chce się wałęsać po zadupiach Warszawy i szukać składników w oryginalnych sklepach koreańskich (co się obecnie cholernie nie opłaca, bo w ciągu dwóch lat masakrycznie podrożały) mogę podpowiedzieć gdzie się udać. Jeśli macie dostęp do wietnamskich bazarów lub sklepików - korzystajcie z nich! Naprawdę cudowne rzeczy można tam znaleźć, zwłaszcza świeże tofu i kiełki, które w naszych polskich sieciówkach są super drogie.

Więc co dziś dla was mam dobrego? Może małe letnie wprowadzenie do świata kimchi? Coś trochę pikantnego, orzeźwiającego i smacznego w sam raz na ciepłe dni, no i przede wszystkim na wysyp ogóra gruntowego. Pierwszym przepisem na tym blogu będzie więc...

przepis na OISOBAGI KIMCHI (오이소박이 김치)
czyli kimchi z ogórka (tudzież kimchi kieszonki ogórowe - jak ja to zwę) krok po kroku.
Przepis na Oisobagi możecie znaleźć także na wielu angielskich i koreańskich stronach, mój jest trochę udoskonalony (przystosowany do tego co można zdobyć w Polsce i bardziej smaczny)

Potrzebujecie:
1,5kg ogóra gruntowego
Sól (najlepiej morską gruboziarnistą)
2 średnie marchewki
6 cebulek dymek (albo szczypior i 3 małe cebule)
Świeży imbir
8 ząbków czosnku
Cukier
Woda
1 szklanka Gochugaru - koreańskich płatek chili (고추가루)
1/5 szklanki koreańskiego sosu rybnego (액젓) (UWAGA! Jeśli jesteś wegetarianinem, albo nie możesz znaleźć nigdzie sosu rybnego, możesz użyć sosu sojowego - ale smaczniejsze jest z oryginalnym sosem rybnym)

Gochugaru i sos rybny

Wszystko oprócz gochugaru i sosu rybnego możecie znaleźć w prawie każdym zwykłym sklepie. Wprawdzie gochugaru jak i sos rybny da się samemu zrobić, jednak na polskie warunki podejrzewam że to jest zbyt drogi interes (dlatego na razie nie będę was w to wtajemniczać). Te dwa składniki warto zakupić przez internet (Jezu nigdy w sklepie w Wawie nie kupujcie gochugaru, bo kosztuje.. Od 70zl za kg, a na necie 30zl...) jeśli zamierzacie robić więcej potraw koreańskich, a uwierzcie, że jak raz spróbujecie to zaczniecie być ich fanami. PAMIĘTAJCIE: koreańskie potrawy są smaczne, zdrowe i przyspieszają cudownie materię. Nie bez powodu koreańska kuchnia została uznana za najzdrowszą kuchnię świata!

No to zaczynamy:

1. Myjemy ogóry dokładnie pod bieżącą wodą.


2. Z każdej strony obcinamy trochę dupki ogóra, usuwamy także części zepsute i zwiędłe by nie zniszczyło to smaku naszego oisobagi kimchi. Dzielimy ogóra na 4 części, ale nie kroimy do samego końca - mniej więcej 1/4 ogóra ma być nie przedzielona. Wszystkie części ogóra muszą się trzymać siebie, ale jeśli wam się przypadkiem ukroi więcej albo coś odpadnie to nie wyrzucajcie :)


3. Każdego ogórka moczymy kilka sekund w wodzie by nasiąkł trochę (w miseczce albo pod bieżącą wodą - ja zawsze robię to pod kranem), wyjmujemy i od razu smarujemy niewielką ilością soli od środka i od zewnątrz. Wkładamy ogórki do miski upychając je i kropiąc niewielką ilością wody (1/4 szklanki) pod koniec.

4. Zostawiamy tak ogórasy nasze na 40 minut, z tym że po pierwszych 20 minutach przekładamy ogórki te co były na dole na górę, a te co były na górze na sam dół. Jak potrzymacie dłużej w soli to nic się nie stanie, niektórzy nawet skracają ogólny czas solenia do 20 minut tylko, ale ja osobiście wolę jak moje ogórasy poleżą dłużej. Ten czas (40 minut) możecie wykorzystać na zrobienie sosu.



5. Ogórki zalewamy wodą i płuczemy dużymi ilościami bieżącej wody każdego z osobna by pozbyć się soli i zbyt słonego smaku. Odkładamy na bok.

SOS

6. Marchewki obieramy, kroimy je w drobne paseczki (dużo czasu to zajmuje, mi nad 2 marchewkami schodzi zawsze około 20 minut). Szczypior (zielona część dymki) także kroimy w paski (wzdłuż), cebulę drobno szatkujemy.


7. 3-4cm kawałek imbiru obieramy i także kroimy w drobną kosteczkę.



8. Jeśli macie dziadka do orzechów to możecie zgnieść ząbki czosnku i je w takiej ugniecionej postaci dodać do pozostałych składników. Jeśli nie - czosnek trzeba pokroić jak najdrobniej. Wszystkie składniki umieszczamy w misce.



9. Do warzyw dodajemy szklankę gochugaru, 1/5 szklanki sosu rybnego, łyżkę cukru i pół szklanki wody. Wszystko mieszamy aż powstanie piękny sos do naszego oisobagi kimchi. Jeśli sos będzie wam się wydawał za suchy, zbyt zbrylony, możecie dodać jeszcze trochę wody - nie wpadajcie na głupi pomysł dodania większej ilości sosu rybnego - kimchi będzie wtedy za słone! (wiedzcie to z mojego doświadczenia... XD) Ale też nie może być wodnisty. Wtedy trzeba dosypać niewielką ilość gochugaru.


10. Sos wkładacie ręką (jeśli macie wrażliwą skórę to załóżcie rękawiczki) do środka ogórków i posmarujcie je także nim z zewnątrz. Ogórki najlepiej jeść albo od razu, albo włożyć je do pudełka - by się trochę sfermentowały i były smaczniejsze. Pamiętajcie by wkładając je do pudełek upychać je ciasno, sprzyja to fermentacji. Ja zawsze wkładam do lodówki - wolę świeższe kimchi, ale jeśli lubicie bardziej sfermentowane, zostawcie na jeden dzień w temperaturze pokojowej. ZAMKNIJCIE WIECZKO! Powietrze nie sprzyja fermentacji ale zepsuciu.
Nie oszczędzajcie także na sosie i tak pewnie trochę zostanie - wtedy nim uzupełnijcie wolne przestrzenie w pudełku z oisobagi kimchi - nic nie wyrzucajcie nawet jak ogórki się skończą! Pozostałości sosu można zawsze później zjeść z ryżem, albo dodać do zupy.

SMACZNEGO!
(+ uwalone pudełko, coś w moim stylu haha)

Taka porcja oisobagi kimchi u mnie starcza niestety na nie więcej niż tydzień. Ale jeśli nie macie żarłoka-koreańczyka w domu to możecie się nim delektować dłużej. To przystawka -  jedzcie to z ryżem, głównymi daniami, mięsami, ee właściwie ze wszystkim. Niektórzy wkładają sobie to nawet w bułkę na śniadanie :D. Ale pamiętajcie by po jedzeniu dokładnie wymyć zębuszki, bo niestety czosnek robi swoje hahaha!

PS. To też świetna przekąska dla kobiet w ciąży, jak każde z resztą kimchi. Ale o tym napiszę kiedy indziej... I obiecuję więcej notek i przepisów~

czwartek, 16 maja 2013

Zbliża się ciepełko a co to znaczy

Wiosna i lato to pory roku, w których nawet najzagorzalsi fani internetów czy to w Korei czy to w naszej kochanej Polsce wypełzają z nor na światło słoneczne. Nie licząc oczywiście alergików, dla których każda pora to inny pyłek i lepiej nie łapać za dużo promieni. Tak czy siak, dla mnie to pora, kiedy mój mózg zaczyna funkcjonować po długim odpoczynku i zaczynam pisać. Tak. Powracam z kolejnymi opowieściami rodem z koreańskich zaułków mentalności i lodów melona. Przygotowałam trochę ciekawych tematów, na które pewnie nic jeszcze nie wiecie, albo ignorancko je pomijacie XD. Lowe!

Zacznę od ciepełka. Tak.. ciepełko w Korei jest inne niż w Polsce, co pewnie już zdążyliście zauważyć, haha. Trudno by było takie same, jak w naszym pięknym kraju zima trwa pół roku, potem jest 2 miesiące w miarę ciepło, a reszta to jakieś nie wiadomo co.

Wiosna w Korei zaczyna się dość podobnie, tak mniej więcej w marcu. Ale nie ma pluchy pierdziuchy jak u nas i napadów zimowych powiewów w kwietniu. Robi się stopniowo cieplej i cieplej, aż przychodzi lato i 40 stopni, w mieszkaniu 60, wszyscy zdychają jak nie ma klimy i biegną do banku, gdzie jest najchłodniej. Nie wiem kruca jak oni budują te swoje chaty, a na pewno się kiedyś dowiem i wam opowiem o tym, ale kurna tam jest gorąco nie ważne, na którym piętrze się znajdujesz. A na klimie się oszczędza, bo opłaty za prąd to zmora każdego Koreańczyka, niczym naszych babć tudzież mamuś ciepła woda i ogrzewanie. Dodatkowo niektóre pokoje znajdują się między innymi pomieszczeniami, tzn. np. przy oknie jest pralnia, potem jest ścianka i pokój, a następnie salon... Czyli nie mają dostępu do okna, niestety musiałam w takim spać kawał czasu i dostawałam tropikalnej gorączki, moja biedna polskość została urażona ale było to lepsze od spania na kamiennym łóżku, zaiste!

 Taka parasolka to zbawienie, miałam ochotę ją ukraść bo nie miałam nawet kapelusza.
W ogóle Koreańczycy są krejzi bo pomimo takiego upału noszą długie spodnie.. mi by się tyłek spocił haha (fotka z Seulu)

Oprócz tego, że jest kurna gorąco, to w całej Korei na samym początku przychodzi tzw. pora deszczowa (od czerwca do września). Pewnie niektórzy z was pamiętają, że ten kraj ma klimat monsunowy, wikipedia podpowiada, że w południowej jego części podzwrotnikowy, a w środkowej i północnej umiarkowany ciepły. Nie ważne. W Seulu unosi się prawie cały czas dziwna mgła na wysokości zaiste wysokiej, jest mokro, wszystko się lepi i jest nieznośnie duszno (przynajmniej dla mnie haha). Nie zapomnę jak z Polski wyleciałam w zimowych gaciach i bluzie z futerkiem to myślałam, że w Incheonie zdechnę. Nawet sandałki mi się stopiły jak się przebrałam. Chyba najgorsze były te pierwsze dni, przyzwyczajenie się do tego, że nie mogę oddychać już piździwiatrem z Kielc.
W porze deszczowej niektórych zabytków nie można zwiedzać niestety, nad czym pewnie większość turystów ubolewa, bo sobie przylatuje na wakacje. Są to między innymi groby królów, które zostają zamknięte na ten okres, bo ziemia może się osunąć itd. Wszelkie zabytki w postaci górek na górach, gdzie może ci coś zmiażdżyć głowę są niedostępne, albo otwarta jest tylko ta bezpieczna połowa.

Seul jest na północy, więc jak to wygląda na moim ukochanym południu? Jest kurna supadupa gorąco. Temperatura wyższa o przynajmniej 6 stopni, wszyscy się gotują w żarzącym słońcu, wychodzą właściwie tylko wieczorem tudzież w nocy (w której temperatura się nie zmienia tylko przynajmniej słońce nie parzy) i czekają na jesień. Oprócz okupywania już wspomnianych banków, w których klima jest najlepsza na świecie, PC roomy, czyli PC bang ( PC방) są twoimi wybawcami. Oczywiście jeśli jesteś nerdem takim jak ja, to od razu znajdziesz tam przyjaciół z podstawówki haha. Jeszcze istnieje możliwość, że zatopisz się w morzu i nie wypłyniesz póki słońce nie zajdzie, ale i tak potem będzie czekać cię okład z ogórków. Nasza skóra jest cienka i bardzo podatna na poparzenia więc warto się zaopatrzyć w najlepsze filtry i kapelusze, czy też parasolki, jeśli chce się już w ten skwar wyjść z i tak gorącego domu.
Podejrzewam, że winą wszystkiego jest obcinanie górek i budowanie na płaskim terenie bloków mieszkalnych. W Busanie się to nie sprawdziło i tam jest tak cudownie chłodno w mieszkaniach, bo piździwiatr niczym w Kielcach pomyka między pagórkami. Ale Busan to burżuazja, jest tam tak pięknie, chciałabym tam mieszkać ech.

Wraz z latem przychodzą tajfuny. Cały świat drży, gdy o nich słyszy, tylko Koreańczycy się cieszą, bo to oznacza, że nie będzie suszy i urodzaj na polach zaskoczy ich jak zima drogowców. Wszyscy wychodzą na zewnątrz i patrzą jak tajfunek odrywa drzewa i chce im urwać głowę. Dziwne rzeczy spadają z nieba, morze wzburzone szaleje, panuje powszechne adhd klimatyczne. Zazwyczaj poważne szkody wyrządza taki silny tajfun na wyspie Jeju, ale i tak największe fale jego mocy uderzają w Japonię, więc Koreany się cieszą podwójnie. Błogosławionych tajfunów jest kilka w roku, podczas nich szyby się telepią, ogólnie wieje strasznie no i głowa boli od ciśnienia. Chciałabym podkreślić, że dla Azjatów jest to coś normalnego, wręcz oczekiwanego (!), żadna kruca katastrofa, jak to często określają u nas. No chyba, że wymyje pół kraju do oceanu...

Gdy temperatura spada do 30 stopni ludzie zaczynają żyć normalnie z powrotem. Mi było zimno przy 28 stopniach (a w Polsce rozbierałam się już przy 18 stopniach haha). Podsumowując, najlepszy okres do odwiedzenia Korei to na pewno wiosna i jesień. Lato odradzam, chyba, że lubicie się smażyć i gotować, albo macie fajnych znajomych z klimą włączoną przez 24 godziny w swoich domach. Chociaż i tak wolałabym je spędzać w Korei niż w Polsce, jest przynajmniej co robić i dużo dobrego jedzenia haha. Zima też podobno jest fajna, bo nie taki ruski mróz jak u nas. Ale i tak jest zimno, więc nie dzięki.

 Tajfun~ Woda do kolan i jest zabawa na bosaka haha
Darmowy uliczny basen i love motele w tle (Pohang, ma miłość)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Witaj panie pryszczu, czyli koreańska bitwa o oczyszczonego pora i rynek owocowy

Jak większość blogowiczów tudzież blogowiczek piszących o Azji siedząc w niej lub poza nią popadłam w chorobę zwaną kosmetykoholizmem. Jednak nie jest to powodowane uwielbieniem dla siebie, swej cudnej naturalnej paszteckiej urody jaką tylko scyzoryki z Kielc mogą mieć.

Zanim przyjechałam do Korei właściwie to nie dbałam zbytnio o skórę twarzy, która trzymała się na jednym kosmetyku nawet bardzo dobrze i pryszcz pojawiał się tylko w momentach osłabienia mej świętokrzyskiej woli (czyli często, ale to był pojedynczy i to skryty gdzieś tam na czole). No dobra... coś tam stosowałam, przykrywałam moje doły i inne ewenementy jakimś podkładem, pudrem. Potem to ściągałam, jak to się zawsze robi, kremik miałam nawet. Nic mi się od tego ze skórą nie działo, no. Nic poważnego jeszcze, z wiekiem by się odbiło.
Teraz przenieśmy się w realia koreańskie.
Tutaj wita nas całkiem inne żywienie. Ziemniaczki występują w roli słodkich, prawie wszystko jest do wyboru: pikantne lub ostre jak cholera, kapucha, ryż, ryż, ryż, brak chleba. Każdy posiłek składa się z wielu elementów, śniadanie to nie bułka z masłem i serem. Do tego w Korei jem stanowczo mniej świeżych warzyw niż jadałam w Polsce, wszystko jest kiszone nie licząc sałat i kennipa, o którym wspominałam w poprzedniej notce. Owoców tutaj brak.. Może nie brak, ale cena zabija. Kilogram brzoskwiń czy nektarynek za więcej niż 40zł w momencie ich zbiorów to szokujący wydatek dla portfelów. Jabłka wyglądają jak plastikowe do tego cena kilograma ich w Polsce jest równowartością jednej sztuki w Korei. Nie, nie przesadzam. Realia są masakryczne i marzę by opychać się darmowymi porzeczkami, śliwkami i malinami z mojej działki. Może jedynie banany i czarne winogrona są dość tanie, ale tych akurat dostaliśmy cały worek od znajomych, którzy akurat uprawiają je nieopodal mego miasta.

Dobra, zmiana żywienia to jedno, papryczka chili to drugie. Jak już napisałam jedzenie jest dość ostre, szamie się je 3-5 razy dziennie, psuje to okropnie cerę nawet samych Koreańczyków, którzy nie mają siły już z tym walczyć. Sama padłam ofiarą tej głupoty, choć długo się trzymałam. Właściwie póki mieszkałam u ciotki w Seoulu, która żywiła mnie bardziej ekspensywnym żarciem opartym na zdrowych produktach i nawet zamiast wody piłam mrożoną herbatę z ryżu.. to nic się jeszcze nie działo z moją skórą. Kupiłam też tam swój pierwszy bb cream, o których wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, ale o tym zaraz. Jednak wiecznie wilgotne powietrze Korei zaczęło mi dość szybko dokuczać.
Po opuszczeniu Seoulu pierwszą niespodzianką była wysypka na całym ciele. Do dziś nie wiem co to kurna było, ale podejrzewam, że wilgoć, żarcie, zwłaszcza te kupy ślimacze z kimchi, przyczyniły się do powstania tego body artu. Jeden pryszcz, dwa pryszcze, zaczęłam obwiniać bb cream i kupiłam dwa inne by wypróbować czy coś się naprawi. Kierowałam się głównie ostrzeżeniami innej blogowiczki, której posty o bb creamie czytałam bardzo uważnie zanim wybrałam się na kolejne zakupy. Jednak to nie była na pewno wina kosmetyku, bo uczulenia na żaden ze składników raczej nie mam. W końcu znajomi Koreańczycy zaczęli się ze mnie śmiać. "Twoja skóra nie dość, że zrobiła się ciemna i żółta to jeszcze chropowata jak prawdziwej Koreanki" - słyszałam komplementy i miałam ochotę włożyć swoją twarz w jakiś kwas i ogólnie wskoczyć do wybielacza (choć mam strasznie jasną skórę, po opaleniu się - z którego z resztą się cholernie cieszyłam, wreszcie nie wyglądałam jak trup! - stałam się murzynem wśród biegających z parasolkami trupów koreańskich).
Olejki srejki, kremy, peelingi i inne wytwory koreańskie szybko trafiły w moje łapki, jednak czy pomogły? Pewnie zauważę poprawę jak wyjadę stąd i zjem coś normalnego, jakąś bułkę z serem, czy coś. Krem ze skin fooda pod oczy i patche świetnie pomagają moim dołom, ale z tymi najeźdźcami na skórze mojej twarzy nadal walczę. Tutaj już bez dermatologa i diety się nie obędzie. Eh.

 Pierwsze wypróbowane bb creamy, które zostały opisane poniżej
(wybaczcie za focię przez webcam na tle zagraconego pokoju, ale jestem zbyt leniwa by zrobić lepszą)

Jeszcze chciałabym wspomnieć o bb creamach. Oklepany temat na blogach, ale pisząc o życiu, ekhem, kosmetykach w Korei nie da się nie wspomnieć o tym cudownym wynalazku. Zwykły podkład wywiozła już dawno śmieciarka, dosyć sztucznej gęby. O tak!
BB cream to taki cudowny kremik co ma konsystencję kremiku, rozprowadza się i wchłania jak kremik. Do tego przykrywa idealnie niedoskonałości, niektóre mają moc przykrycia nawet piegów. Ostatnio w Polsce zaczęły się panoszyć jakieś niby bb creamy zachodnich firm, których nie polecam. Z relacji bliskich znajomych wynika, że to dupencja a nie żaden bb cream. W Korei jest multum bb creamów, dlatego czułam się jak debil kiedy weszłam po raz pierwszy do sklepu z kosmetykami i zapytałam o niego. Jaki? Po co? Na co? No kurna, bb cream! Leszcza trudno nie zauważyć, aż przypomina mi się historia z dzieciństwa jak poszłam kupować pierwszą białą farbę olejną: ale jaka? Tytanowa? No biała!
Na szczęście poszłam ze znajomą obstawą do Etude House i wyszłam zadowolona ze swoim pierwszym bb creamem, który odpowiadał mojej bladej facjacie. Jednak niezadowolenie się szybko pojawiło kiedy wypróbowałam bb cream ze Skin Fooda i okazało się, że nie leje mi się tak jak ten z Etude. Tamten był trochę za mokry i czułam się trochę jak w masce. Ponieważ upały sięgały nawet 39 stopni i słońce dawało się we znaki skórze musiałam kupić jakiś co odpowiednio mnie ochroni. Jednak Skin Food, chociaż ma świetne kosmetyki do pielęgnacji ciała, według mnie.. leży z make-upem. Chociaż moja skóra troszeczkę przyciemniała, nadal nie mogłam znaleźć odpowiednio jasnego bb creamu, aż musiałam sięgnąć po jeden w sztyfcie, śmierdolący pomarańczą. Był fajny, ale pejnowy, więc zaszłam do Misshy, przed którą się broniłam i kupiłam tam na promocji za 17tys won swój ostatni kremikowy podkład. I długo raczej go nie zmienię bo jest idealny dla mojej cery.

Właśnie. Cena bb creamów w internecie zawsze mnie przerażała. Jednak w rzeczywistości.. Przekładając na złotówki to wydatek 35-60zł jeśli kupuje się produkty sprawdzonych firm i nie wypierdzielonych w kosmos specyfików. Za ten z Etude House zapłaciłam 12tys won, czyli 35zł, ze Skin Fooda 13 tys won, czyli powiedzmy 38zł. Missha 17tys, czyli jakieś 50zł. No tak, ale dochodzi przesyłka, ja jej obecnie nie potrzebuję..



sobota, 25 sierpnia 2012

Krótko o ślimaczej kupie w kimchi, bielmie rybki i odrobaczaniu, czyli wprowadzenie do jedzonka

  Wiem wiem, piszę posty rzadko, ale wybaczcie, enjoyuję swój czas w Korejowie aż zbyt bardzo. Ciągle gdzieś jeżdżę, paczę, jem i zwiedzam, bo robi się powoli zimno (no temperatura do 30 stopni spadła!) i czas ucieka, pieniądze też. Ale w swoim magicznym notatniczku mam już pozapisywane milion ciekawostek, z którymi chcę się na tym blogu podzielić w najbliższym czasie.

Omnomnom tak przechodząc do rzeczy... Ten post dedykowany jest dla wszystkich smakoszy koreańskiego jedzenia. Sama takim jestem, tylko, że mnie raczej można zaliczyć do tej grupy osób, które na dodatek wszamią wszystko co dziwne i się już nie rusza.
W Korei słynnym powiedzeniem jest: jedz jedzonko koreańskie, będziesz żyć długo i zdrowo. Ja bym raczej powiedziała: szamaj koreańszczyznę i zaprzyjaźnij się z toaletą. Niech nikt mi nie zaprzecza. Korea to stolica wszelkich biegunek i żołądkowych ewenementów. Nie mówię, że akurat mnie to dotyczy, ale to już relacja bliskich mi osób. I tu mamy odpowiedź czemu wszędzie w Korei są toalety, do tego darmowe! W parkach co chwila spotyka się pałace tego typu, do tego zadbane i nie okupywane przez bezdomnych. Mogłabym ponarzekać trochę co do metra, zwłaszcza w Busanie, gdzie są znienawidzone kibelki w ziemi, o których wspominałam w poprzednim poście.

Dobra, dosyć o toalecie, bo o tym mogłabym opowiadać zawsze, wszędzie i dużo.
Tradycyjnie w normalnej rodzinie koreańskiej dbającej o wesoły brzuszek je się 5 posiłków dziennie, gdzie głównym partnerem przystawek i zupki tudzież czegoś innego ale głównego, jest ryż z fasolą. Taki ryż przyrządza się w specjalnym Rice Cookerze, który można kupić na allegro chyba. Przodującą firmą produkującą Rice Cookery jest Cuckoo z tego co zaobserwowałam. Ryż koreański nie różni się bardzo od naszego, jest drobnoziarnisty, przez przyrządzanie w Rice Cookerze bardziej kleisty, no i oczywiście Koreańczycy nie solą go jak to robią nasze babcie i dodają trochę czarnej fasoli.
Dobra, mamy ryż. A co jest w przystawkach?
Oczywiście, że wszelkiej maści kimchi, z zielonego ogóra (moje ulubione), z kapusty pekińskiej, z innych kapust tudzież sałat, z pietruszki (nie lubię v_v, jak można jeść pietruchę, która nie jest w rosole?!), z rzodkwi... Do tego dochodzi kimchi z sardynek, sardynki suszone o fuj, słodkie ziemniaki (moja osobista trauma), bakłażan smażony, nawet gotowana jajecznica (tego nie da się nazwać po polsku haha). Często kennip, czyli dla niewtajemniczonych liście z pewnego drzewa tudzież krzaka, którego raczej nie da się spotkać w Polsce, ale są pyszne! Zwłaszcza z pastą z soi doenjang (którą w sumie można kupić w necie, ale nie równa się ze zrobioną tradycyjnie przez babcię) i zawiniętym w kennip ryżem! Omnomnom~
Tych przystawek jest od cholery i wszystkie trzymane są w lodówce przez wieki. Niestety tutaj nie panuje powiedzenie "zostaw ziemniaki, zjedz przynajmniej mięso". Koreańską szamę je się przez kilka dni, aż wszystko się skończy. Tak samo jest z zupami, które się zagotowuje przed odłożeniem jeszcze raz by pozbyć się bakterii.

 Było dobre~ focia z mojego pierwszego posiłku w Korei~
niestety najpierw rzuciliśmy się na jedzenie a potem zrobiliśmy zdjęcie XD

A teraz czas na to o czym chciałam tutaj najbardziej opowiedzieć. Wróćmy do kimchi. Potrawa z kapusty, którą robi się masowo z XX główek kapusty i do tego kupuje się specjalną na nią lodówkę. Kimchi jedzone jest zawsze, wszędzie i ze wszystkim, w restauracjach jest za darmo jak i woda. Hołd kimchi składają tutaj nawet udziwnione smakołyki zachodnie typu kimchi pizza. Ale czy w kimchi jest tylko kapusta? Co sprawia, że kimchi można jeść nawet kilka miesięcy? Sekretem jest sos z...
Gówna ślimaka.
Dobra, żartuję XD. To nie jest żadna kupa, aczkolwiek wyglądem ją przypomina. To jest wodorost, bardzo brązowy, bardzo długi i cienki, aż łza staje w oku ze wzruszenia. Chociaż lepsze jest znaleźć to niż głowę surowej ryby, albo w ogóle jej część, która konserwuje wybitnie kapuchę. Jest to jeden z powodów dlaczego mam częściowy wstręt do kimchi, tzn. boję się na nie patrzeć, boję się że znajdę ślimaczą kupę, ale i tak jem haha.

Jeszcze jednym smakołykiem zostałam obdarowana tutaj. W Polsce je się rybki wszelkiego rodzaju, zazwyczaj filety i bez głowy. Jako córka wędkarza nie jest mi straszny nawet flak, nie raz rozpruwałam brzuszek rybek by wyjąć ich wnętrze. Ale!
Koreańczycy gotują rybę z wnętrznościami i głową, do tego oczami. Myślałam, że wypuszczę ze swych ust tęczę szczęścia gdy podano mi rybkę z ugotowanym bielmem.. Toć to rybi Zagłoba łupał na mnie okiem z talerza, do tego flaczki w środku. Mniam. Nigdy więcej. ;.;

Koreańczycy jedzą różne traumatyczne rzeczy, jak np. poczwarki czy coś tam robaków i psy. I jednego i drugiego nie próbowałam, choć psa chciałam, niestety znajomi nie chwalili sobie tego mięsa więc zrezygnowałam. Robaczki często można spotkać na straganach, w ryżu i żołądkach obywateli Korei. Ogólnie robak to przyjaciel każdego Koreańczyka, dlatego raz w roku trzeba zjeść tabletkę odrobaczającą Zentel. Niestety dzieci poniżej 2 lat i kobiety w ciąży nie mogą jej zażywać, więc jeśli jesteście w jednym z tych dwóch przypadków to nie próbujcie lepiej.
Moja leży jeszcze na półce. Czuję, że rośnie we mnie obcy...

A oto bibimpap, w tle kimchi i inne przystawki

wtorek, 7 sierpnia 2012

Podróż w głąb sedesowej muszli i antypoślizgowe kafelki, czyli szok kulturowy w koreańskiej toalecie

Koreańska toaleta tudzież łazienka to nie lada gratka dla żądnych nowych pól eksploracji i przygód obcokrajowców. Zawiera nie tylko azjatyckie mechanizmy podmywające półdupki i wszelkiej maści otworki, ale także prehistoryczne dziurki w ziemi. O wszystkim zaraz opowiem, dziś prawda o koreańskich kibelkach zostanie ujawniona spragnionemu dzikich niusów światu.

ŁAZIENKA 욕실

Zacznę od niecodziennego dla nas sposobu brania prysznicu, tudzież kąpania się. Misją każdego Koreańczyka jest zalanie całej łazienki, ścian, sufitu oraz przyborów toaletowych. Oczywiście u nas skończyłoby się to płaceniem odszkodowania zrozpaczonej sąsiadce, która rzekomo przez nas ma grzyba i odpadające płaty sklepienia niebieskiego zaatakowały ją podczas comiesięcznej kąpieli w wannie z kości słoniowej. W Korei odpływy są w podłodze w każdym domu, czy to na wsi, czy w Seoulu, czy innej mieścinie. Powietrze w całym kraju jest wilgotne, więc grzyba nikomu raczej nie da się zarzucić niż samemu sobie. Koreańczycy uważają kąpanie się poza wanną za bardziej higieniczne, dlatego też często w drugiej łazience (standardowo w mieszkaniu są dwie łazienki) stoi sedes a nad nim lub nieopodal wisi słuchawka prysznicowa. Siedząc sobie na tronie można w spokoju zaznać odświeżającej kąpieli.

By wkroczyć do łazienki, w której zrobiło się poprzednio powódź, trzeba założyć specjalne klapki przeznaczone wyłącznie do siedzenia na tronie i facjatowego kliningu w tym miejscu. Osobne klapki mają swe miejsce na balkonie oraz w pralni, która zazwyczaj jest na drugim, mniejszym balkonie. W każdym z tych pomieszczeń jest jedna do dwóch par klapek, więc nie ważne ile członków w rodzinie jest, wszyscy używają tych samych. W Europie, krainie wszelkich chorób stóp i grzybicy paznokci coś takiego jest nie do przyjęcia. Najzabawniejsze jest to, że takie klapki można spotkać nie tylko w domach, ale także w restauracjach i innych miejscach gdzie zbierają się ludzie. Dlatego też Koreańczycy bardzo dbają o stopy, myją je zawsze jak wracają z zewnątrz, w ogóle mają bzika na punkcie stóp o wąchaniu butów nie będę lepiej wspominać. Mycie stóp wynika też z tego, że podłoga służy im za łóżko, ale o tym opowiem w innej notce.

Magiczna koreańska łazienka publiczna i domowa zawiera zawsze mydło w kostce. W Polsce teraz wszędzie praktycznie już są mydła w płynie przy zlewach, szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy ostatnio w toalecie publicznej widziałam mydło w kostce... co w Korei jest codziennością i czego bardzo nie lubię.
Koreańczycy też nie używają kilka razy tego samego ręcznika do kąpieli. Szafki łazienkowe przepełnione są małymi ręcznikami, których zużywa jedna osoba dwa lub trzy dziennie. Piorą wszystko razem (białe z czarnym, delikatne materiały z ręcznikami... masakra -.-") kilka razy w tygodniu. Wynika to z tego też, że opłaty za wodę w Korei są dość niskie w przeciwieństwie do elektryczności na której oszczędzają jak mogą. Także w restauracjach i źródełkach parkowych nie płaci się nic nawet za wodę pitną.

napis na drzwiach w toalecie jednej z restauracji

TOALETA 화장실

Teraz czas nadszedł na najważniejsze elementy łazienki, czyli sedesy. Spłuczki mają w najdziwniejszych miejscach, z czego mój ulubiony rodzaj to te boczne z dźwignią. Sedesy koreańskie działają w całkiem inny sposób niż nasze. Najpierw wciąga wodę z kupencją do rury, a potem wypełnia sedes na nowo wodą. Cały proces można bacznie obserwować, oczywiście ze strachem, gdyż łatwo taki sedes zatkać. Dlatego najlepiej spłukiwać na dwa razy, dzieło najpierw, a potem papier.

Sedesom często towarzyszy higieniczna nakładka foliowa, którą po powstaniu zrywa się i wyrzuca do kosza obok z radującymi oczy napisami. W nowoczesnych łazienkach znajduje się także maszyna myjąca poszczególne partie tyłka naprzemiennie gorącą i chłodną wodą. Jak to dokładnie działa - nie wiem, wolę nie próbować, póki w domu sobie takiej nie zainstaluję.

Koreańskim ulubieńcem wśród sedesów jest jednak tak zwana dziura w ziemi. Higieniczna obsesja koreańczyków przerasta wszelkie oczekiwania. Uważają oni taki sposób załatwiania się za najczystszy i nie ochlapujący tyłka. Dlatego też niektóre osoby nawet nad normalnymi sedesami kucają. Sedesy podłogowe najczęściej spotykane są przy kąpieliskach, morzu, basenach i na wsi.

W żeńskiej publicznej toalecie można spotkać jeszcze specjalne maszynki do zagłuszania dźwięków wiadomo jakich. To mnie zaskoczyło, gdyż pierdzenie, mlaskanie i bekanie w miejscach publicznych to normalne zachowanie Koreańczyków, kulturalny szok gwarantowany. Cóż, kimchi ma swoją moc, w końcu robione jest z kapusty... :D

poniedziałek, 30 lipca 2012

Chlup chlup w kombinezonie, czyli o postawie konserwatywnej w Korei (part one)

Mówi się, że naród koreański to naród konserwatywny. Zanim tam pojechałam, to nie chciałam za bardzo w to wierzyć, a raczej, że może to się nieźle na mnie (rozpuszczonej, niewychowanej i latającej z gołą dupą) odbić. Ogólnie jak jedzie się tam w ramach zabawy i turystyki, nie wchodząc, że tak powiem, w żadną rodzinę, to tych różnic nie za bardzo się odczuwa, albo chce się z nich śmiać. Akurat w moim przypadku jest odwrotnie, dla rodziny muszę stać się bardziej koreańska i schować swoją polską dumę w kieszeń.

Najpierw powinnam napisać co to jest postawa konserwatywna, może nieznana jeszcze niektórym czytającym tego bloga. Otóż internet głosi, że postawa konserwatywna zakłada przeciwstawienie się nieznanemu. Jest to poparcie znanego i wypróbowanego sposobu bycia. Poparcie stopniowej i powolnej przemiany, przeciwstawienie się nagłym nowościom, radykalnym zmianom w życiu.
Cóż. Możliwe, że to dużo nie mówi nikomu. Jednym słowem jest to taka postawa człowieka, zazwyczaj starszego, który nie akceptuje postępu kulturalnego na świecie i woli żyć w swojej zadupijnej rzeczywistości. Trzyma się tradycji i nie stara się jej zmieniać.
W Polsce konserwatyzm objawia się w wierze chrześcijańskiej, tłumach moherów, dla których coś wypada lub nie wypada, ale czy ma to na nas jakiś przerażający wpływ? Prócz pobicia parasolką co może nam się stać? Konserwatyzm jest dla nas tak obcy jak ufoludki z marsa. Dlatego zderzenie się z nim w innym kraju może być dla nas bardzo bolesne. Nie mówię, że mnie on aż tak boli, bo moje podejście do wszystkiego jest jak najbardziej pokojowe (dlatego też mam wszystko w dupencji).

 Fotka, którą specjalnie zrobiłam by pokazać, że ci ludzie serio kąpią się w ciuchach

No i focia z internetu. Ale tu przynajmniej dzieci są gołe.

Teraz czas zacząć narzekanie na Koreę. Czyli majtki na spodnie i bacznie czytać!
Tabu numer 1 w Korei jest gołe udko. Zaświecisz udkiem przed dziadkami, nawet tymi nie aż tak starymi i będzie pranie po nogach gałązkami wierzby, bambusa i pniem sosny. Tutaj czas się zatrzymał i nadal nie wypada na golasa latać. Chociaż szczerze mówiąc w większych miastach (Seoul) to dziewczynki nie tylko udko pokazują ale dupencję snadnie. Ale najzabawniejszy jest fakt, że wszyscy i tak tutaj się kąpią.. w ubraniach. Po prostu dla mnie to już był nokaut. Nie dość, że często zwracano mi uwagę w rodzinie o krótkie spodenki (które nie są takie krótkie, kurna, na dodatek mama mi je kupiła przed wyjazdem), a nawet przykrywano ścierą nogi w restauracji (matko boska), to jeszcze kurna muszę się taplać w bluzce w morzu. Nie dość, że to jest niewygodne, to kompletnie niehigieniczne (a sami są czyściochami jak cholera). Zwłaszcza, że potem w tych ciuchach chodzą -.-'.
Czemu jest tak?
Bo udko to zło, nóżka to zło. A największe zło to cycek, którego tu brak. Wczoraj poszłam na zakupy kupić piżamkę (bo spodenki w piżamce też miałam za krótkie..) i zaszłam do ogromnego sklepu z bielizną. Mam bujny cyc, zapytałam o F i babka się zaczęła śmiać. Niestety rozmiary w sklepach są do miseczki C (na bazarach jeszcze nie szukałam).. Chociaż największą popularnością cieszy się miseczka A.
Więc jeśli nie ma się co pokazywać to czego się wstydzić? W sumie to faceci powinni się wstydzić bo im aż oczy z oczodołów wychodzą na widok kawałka cycka i udka. Co się dziwić, skoro by oglądać pornole w Korei musisz się zarejestrować swoim numerem dowodu..

czwartek, 12 kwietnia 2012

라면

Tak. Nie mylicie się. Ten post jest o ramyunie (라면), czyli niczym innym jak.. koreańskiej zupce instant.

Nie ma dramy, nie ma filmu, nie ma niczego co koreańskie bez ramyunu. Ale ramyun to nie zwykła zupka chińska typu Vifon. Ponieważ Koreańczycy wpierdzielają je codziennie, to znaczy, że to nie sama chemia, kwasy i inne toksyny które nas zabiją w niedalekiej przyszłości (albo przez nie wyrośnie nam trzecia ręka). W opakowaniu mamy specjalne suszone warzywka i oczywiście ostrą przyprawę, zazwyczaj z koreańskim chili (gochu). Bo jak pewnie już wiecie, żarcie koreańskie jest super ostre.
Ramyunów jest tyle rodzai ile Koreańczycy są w stanie wymyślić. Zazwyczaj to są wersje instant koreańskich zup lub makaronowych potraw, typu jjajangmyun (짜장면). Najbardziej znanym i lubianym ramyunem jest Shin Ramyun (신라면). Ostry pieron i przyznaję się, że jak pierwszy raz jadłam to ledwo kluska wciągnęłam bez wbijania jajka. Teraz to już mam wypalone kubki smakowe i szamię tylko ostre, ale to moja osobista historia z koreańską kuchnią. Ogólnie polecam, bo pycha, świetnie zastępuje obiad jak nie chce się gotować i.. nie miałam jeszcze skutków ubocznych po jedzeniu tego.

I oto nasz bohater!

Z takich ciekawostek o shin ramyunie to mogę powiedzieć, że jest on eksportowany do ponad 80 krajów. Można je kupić także w Polsce za dość przystępną cenę. Ramyuny wielu rodzajów można nabyć w Warszawie na Wałbrzyskiej (w Centrum Handlowym LAND, sklep jest przy restauracji Shilla) oraz na Wąwozowej (świat drogi, ostatni przystanek metra, kierunek Kabaty i jeszcze trzeba trochę się przejść). W tych dwóch sklepach one dość niewiele kosztują, od 3.50zł. Natomiast jak ktoś chce przepłacić to może zajrzeć do Kuchni Świata, które są w wielu miastach. W Krakowie taki ramyun kosztuje 9zł co aż serce boli. Jak z innymi miastami to nie wiem, ale w Realu w całej Polsce można dorwać yukejang (육개장) odpowiednik instant zupy o tej samej nazwie. Wygląda on tak:



I szczerze mówiąc tylko ten żółto-niebieski mi smakuje. Reszta rodzajów, które możecie znaleźć w Realu smakuje po prostu jak taki sobie koreański rosół. Aczkolwiek yukejang jest dla mnie stanowczo zbyt nudny, możecie spróbować. Ale uwaga: ostre (ale i tak słabe w porównaniu do shin ramyuna).

W internecie też można nabyć i szczerze mogę polecić sklep przepisychinskie.pl, ostatnio kupowałam tam (tylko na allegro) i jestem bardzo zadowolona i z ceny i z samych produktów. Do tego na drugi dzień mi doszła paczka.

Jak ugotować ramyun?
Są na to trzy sposoby:
1. Tradycyjne zalanie wrzącą wodą jak Vifona i przykrycie jakąś pokrywką. Odczekujecie od 3 do 5 minut i jest. Ale to ten gorszy sposób.
2. Ugotowanie wszystkiego razem. Wrzucamy najpierw przyprawy do garnka z wodą, gdy woda zaczyna się gotować wrzucamy makaron i gotujemy tyle ile pisze na opakowaniu :D zazwyczaj to są 3 minuty. To się stosuje do hot ramyunów.
3. Trzecią opcję stosujemy tylko do cold ramyunów, czyli kluchów na zimno bez wody (typu jjajangmyun). Gotujemy wodę z warzywkami suszonymi, wrzucamy do niej następnie kluski, odcedzamy wodę i wrzucamy do kluchów przyprawę po czym mieszamy aż się dobrze rozrobi.

No i to na tyle o ramyunach. W przyszłych notkach na pewno będzie o nich sporo.~